Miłość jest wszędzie miłość rzeczywiście

167 Wiek XIX.Rocznik Towarzystwa Literackiego im. Adama Mickiewicza rok VII (XLIX) 2014 Grażyna Borkowska Lalka – kobiety, mężczyźni, miłość (Instytut Badań Literackich PAN) L alka jest nie tylko dokumentem swojej epoki – pisała na łamach „Wia i - domości Literackich” Zofia Nałkowska1: Jest jeszcze książką o wielkiej miłości, jednym ze światowych poematów uczucia. “To właśnie miłość” – uniwersalne przesłanie. Mimo tego film nadal jest dość relewantny jak na swój wiek, a jego przesłanie pozostaje uniwersalne. Pokazuje, że miłość jest wszędzie, za każdym rogiem. Przedstawia wiele historii, z którymi widzowie mogą się utożsamiać. I to właśnie jedna z jego największych zalet. Miłość jest jak wiosenny deszcz, jak żywa, lśniąca woda. Woda jest symbolem boskiej miłości. Ona pada na pary małżeńskie, na samotnych, na wszystkich, ale nie jest przyjęta jako taka – zostaje przyjęta z pewnym ,,zastosowaniem”: do męża, żony, przeora, prowincjała, generała, biskupa, dziekana, proboszcza... Czy to rzeczywiście jest już miłość? Czasem mimo wszystko mogą się pojawić wątpliwości, jak wszędzie i zawsze. Związek nie jest prostą sprawą, to relacja między ludźmi pełnymi uczuć i emocji. Trzeba pamiętać jednak o tym, że zauroczenie przemija zawsze, znika, wyparowuje, przestaje istnieć, za to miłość… Wszędzie to samo: miłość, miłość, niemożliwa miłość. Odnoszę wrażenie, że jest to jeden z najważniejszych motywów ludzkiej kultury i emocjonalności. W życiu codziennym bywa podobnie, ale ten dramat ma – jak napisała Hannah Arendt – walor banalności zła. Miłość to jeden z tych tematów, na który można mówić, pisać i grać nieskończoną ilość razy i nigdy się nie znudzi. W zasadzie to chyba jedyny temat o takich parametrach. Dlatego napiszę jeszcze raz. I zagram. Miłość to fala bardzo intensywna, nieustannie promieniująca i rozchodząca się wszędzie, strach natomiast to fala mdła i zamknięta. Niesamowicie fascynującą rzeczą jest to, że jeśli nałożymy owe fale na nasze DNA, to okazuje się, że zaczynają się wzajemnie pokrywać. To nie jest Miłość, chociaż z głębszego poziomu gdzie wszystko jest Miłością, to można powiedzieć, że ta zabawa w zauroczenie też jest Miłością. Jednak świadome relacje wykraczają poza ten wymiar. Miłość nie jest oczekiwaniem Miłość nic nie oczekuje, Miłość daje bezinteresownie, nie oczekuje nic w zamian. Troggs rzeczywiście zaoferowali sprośne uderzenie nie tylko w tej jednej piosence, jednak nie wolno przeoczyć ich niespodziewanych łagodnych i czułych ballad. ... Love Is All Around (Miłość jest wszędzie dookoła) (tekstowo.pl) Czuję ją w palcach Czuję ją w stopach Miłość, która jest wszędzie dookoła mnie I uczucia, które ... Ale jest inaczej. Wszędzie, gdzie działają Świadkowie Jehowy, tego rodzaju zmiany są częstym zjawiskiem. Dlaczego nie przyjrzeć się temu bliżej? Przekonaj się sam, że właśnie miłość do Boga, wyrażana w religii prawdziwej, jest tą siłą, która podnosi poziom moralności. [Przypis]

Biedni Polacy patrzą na getto

2018.08.03 15:29 Gazetawarszawska Biedni Polacy patrzą na getto

Biedni Polacy patrzą na getto
ADMINISTRATOR JUDAISM & ISLAM 06 FEBRUARY 2018 HITS: 631 EMPTY
Prof. Jan Błoński
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/historia-2/298-biedni-polacy-patrza-na-getto
„Tygodnik Powszechny” nr 2/1987 Czesław Miłosz wypowiedział kilkakrotnie osobliwe słowa o obowiązku oczyszczenia, który ciąży na polskiej poezji. Oczyszczenia rodzinnej ziemi, która jest – przytaczam – “obciążona, skrwawiona, zbezczeszczona”. Obciążać może tylko krew cudza. Krew własna, krew ofiary podsyca wspomnienie, budzi żal, litość, szacunek. Domaga się pamięci, modlitwy, sprawiedliwości. Pozwala także na przebaczenie, chociaż przebaczenie to nie przychodzi łatwo. Inaczej już z krwią cudzą, ale przelaną w sprawiedliwej walce.
Mamy prawo do obrony koniecznej, ale to prawo już jest ustępstwem, Chrystus kazał Piotrowi schować miecz… Zapewne więc każda przelana krew domaga się refleksji i pokuty, nie można jednak powiedzieć, aby każda obciążała, bezcześciła ziemię.
Miłosz nie myśli ani o krwi rodzimej, ani o krwi najezdników. Jasne, że myśli o krwi żydowskiej, o ludobójstwie, którego naród polski nie jest winien, ale które dokonało się na naszej ziemi i tę ziemię jakoś na wiek wieków naznaczyło. Poezja, literatura – albo ogólniej, pamięć, zbiorowa świadomość – nie może o tym krwawym i ohydnym znaku zapomnieć. Nie może zachować się tak, jakby go nie było… Słychać jednak czasem głosy (zwłaszcza młode), których ten znak nie porusza. Odrzucamy przecie – powiadają – zasadę odpowiedzialności zbiorowej… Jeśli tak, nie musimy wracać do spraw zapadłych nieodwracalnie w przeszłość.
Dość będzie, jeśli zbrodnię potępimy in toto, jak potępiamy wszelką krzywdę, wszelką nikczemność. Odpowiem tak: kraj ojczysty nie jest hotelem, w którym dość sprzątnąć brudy po przypadkowych gościach. Zbudowany jest przede wszystkim z pamięci, inaczej mówiąc, jesteśmy sobą tylko dzięki pamięci o przeszłości. Tą przeszłością nie możemy dowolnie rozporządzać, chociaż – jako jednostki – nie jesteśmy za tę przeszłość bezpośrednio odpowiedzialni. Musimy nosić ją w sobie, chociaż bywa to przykre czy bolesne. I winniśmy dążyć do tego, aby ją oczyścić.
Ale jak? Oczyścić pole Kaina to – najpierw – pamiętać o Ablu. Ów Abel nie był sam, mieszkał w naszym domu (na naszej ziemi), a więc we wspólnym domu na wspólnej ziemi. Krew została na ścianach, wsiąkła w ziemię czy chcemy, czy nie. Wsiąkła w naszą pamięć; w nas samych. Więc nas samych musimy oczyścić, czyli zobaczyć siebie w prawdzie. Bez tego dom, ziemia, my sami pozostaniemy zbrukani. Taki jest sens słów poety, jeżeli je dobrze rozumiem. Tak w każdym razie widzi on swój obowiązek, wzywając niejako nas wszystkich, abyśmy także swego obowiązku dopełnili.
https://preview.redd.it/8b28cl4grvd11.jpg?width=450&format=pjpg&auto=webp&s=6b04172444bb046786d217c57f2c32352d83d87f
Jak to jest trudne, dowodzi znany bardzo wiersz Miłosza, Campo di Fiori. Opowiada o karuzeli, którą – chciał traf, ale jaki to znaczący, osobliwy traf – zmontowano w Warszawie, na placu Krasińskich, tuz przed wybuchem powstania w getcie. Gdy zaczęły się walki, karuzelowy interes nie przestał funkcjonować, gromadził dalej dzieci, młodzież, gapiów.
Czasem wiatr z domów płonących Przynosił czarne latawce, Łapali płatki w powietrzu Jadący na karuzeli. Rozwiewał suknie dziewczynom Ten wiatr od domów płonących, Śmiały się tłumy wesołe W czas pięknej warszawskiej niedzieli.
Miłosz porównuje “wesołe tłumy” z rzymskimi przekupniami, którzy – w chwilę po spaleniu Giordana Bruna – powrócili do swoich zajęć, ciesząc się “różowymi owocami morza”, “koszami oliwek i cytryn”. I kończy refleksją o “samotności ginących”, której sprzeciwia się “słowo poety”. Tylko tak może ono – zdaje się mówić – “ocalić” to, co można jeszcze ocalić, ocalając zaś, oczyszcza naszą pamięć buntem przeciwko mijaniu i “zapomnieniu”, co rośnie “Nim jeszcze płomień przygasnął”. Wspomnienie i westchnienie nie uwalnia jednak od obrazu stosu na targu czy karuzeli na grobie. Dowodem dalsze dzieje wiersza, który był często tłumaczony i przytaczany. Rozumiano go nieraz jako oskarżenie. Przełożony na przykład na hebrajski, zdać się może dowodem na wrogą obojętność wobec zagłady getta… Po latach Miłosz zastanawia się, “czy rzeczywiście taka była wtedy ulica warszawska. I była, i nie była. Była, bo w okolicach getta kręciły się karuzele i nie była, bo w innych momentach, w innych okolicach Warszawa była inna, więc nie chodzi o jakieś oskarżanie”. Wiersz – powiada – jest “publicystyczny”, czyli nadto jednoznaczny, za łatwo pozwala wyciągać wnioski. Coś upraszcza, upraszczając zaś, uspokaja…
Gorzej: poeta odkrywa, że napisał wiersz “bardzo niemoralny”. Dlaczego? Bo –cytuję – “pisany o umieraniu z pozycji obserwatora”. I rzeczywiście: tak jest ten wiersz napisany, że ten, który mówi – czyli poeta – wychodzi obronną ręką. Jedni umierają, drudzy się bawią, on zaś “wznieca bunt” swoim słowem i odchodzi, zadowolony, że piękny wiersz napisał… Czuje więc po latach, że się za łatwo wykręcił. W zestawieniu z “horrorem”, jak mówi, pisanie okazuje się “niemoralne”: Campo di Fiori nie zdołało pokonać “konfliktu życia ze sztuką”. Miłosz dodaje więc na usprawiedliwienie, że wiersz powstał “jako zwyczajny odruch ludzki wiosną 1943 roku” i oczywiście, zgodzimy się chętnie, że był to piękny, szlachetny odruch. W tę okropną Wielkanoc uratował on – jak ktoś ładnie napisał – “honor ludzkiej poezji”. Ale razem z poetą czujemy, że ostatnie słowo nie zostało powiedziane. Może te poetyckie udręki pomogą nam zrozumieć, dlaczego nie możemy sobie poradzić z rozważeniem całej żydowsko-polskiej przeszłości. Porzucę więc teraz literaturę i odwołam się do osobistego doświadczenia.
A właściwie nie całkiem osobistego, bo każdy chyba, kto był za granicą, powiedzmy, na zachodzie Europy, usłyszał pytanie, czy Polacy są antysemitami? Albo wyraźniej: dlaczego Polacy są antysemitami? Ja sam słyszałem to pytanie tyle razy, i tyle razy wdawałem się w wyjaśnienia, że mógłbym chyba ze dwadzieścia takich rozmów schematycznie streścić. Czy Polacy są antysemitami? – Dlaczego pan tak stawia pytanie? Bywają Polacy antysemici, bywają filosemici, bywają tacy, których to nic nie obchodzi, i takich właśnie jest coraz więcej. – Oczywiście, są rozmaici Polacy, ale ja pytam o większość społeczeństwa. Polacy zawsze uchodzili za antysemitów, nie może to być przypadek? – Jak to zawsze? Przecież wtedy, kiedy Anglia, Francja, Hiszpania wygnały Żydów, właśnie w Polsce znaleźli schronienie! – Zapewne, ale to było dawno, w średniowieczu, wtedy Żydami pogardzano wszędzie, ale od połowy osiemnastego wieku, w nowożytnej Europie, zawsze były z polską nietolerancją kłopoty – Ale przecie od końca osiemnastego wieku żadnej Polski nie było! – Było jednak polskie społeczeństwo, w którym Żydzi nie mogli sobie znaleźć miejsca, dlaczego? – Byliśmy w niewoli, musieliśmy myśleć przede wszystkim o sobie – Właśnie. Dlaczego nie myśleliście o sobie razem z Żydami? – Za wielu ich było. Nie mieliśmy szkół, sądów, urzędów. Żydzi nie mówili nawet po polsku. Woleli uczyć się niemieckiego, rosyjskiego… Ale światli ludzie namawiali do asymilacji, starali się zbliżyć Żydów do Polaków! – Czemu nie odwrotnie? Czy Żydzi nie mogli zostać Żydami? Urządzaliście pogromy, nie wiadomo dlaczego? – pierwsze pogromy miały miejsce na Ukrainie, sprowokowała je carska policja…
I dalej: – Kiedy odzyskaliście niepodległość, los Żydów wcale się nie polepszył. Przeciwnie, antysemityzm stawał się coraz jadowitszy… – W dwadzieścia lat nie można przerobić społeczeństwa, a poza tym, czy w całej Europie nie było podobnie? Po pierwszej wojnie przyjęliśmy wielu Żydów z Rosji, po 1934 roku – z Niemiec… – Może to i prawda, ale traktowaliście Żydów jako obywateli drugiej kategorii. A w czasie wojny uchroniliście bardzo niewielu – Jest w Izraelu miejsce pamięci ludzi, którzy ratowali Żydów, trzydzieści procent nazwisk to Polacy. – Ale procent ocalonych Żydów był w Polsce niski, najniższy w Europie w stosunku do całej ludności kraju – W 1942 roku, w Warszawie, na ośmiu Polaków było w mieście czterech Żydów. Jak ośmiu może ukryć czterech? – Właśnie Polacy rozpoznawali Żydów i wydawali ich Niemcom. Albo policji, która przecież była polska… – W każdym społeczeństwie jest kilka procent ludzi bez sumienia. Pan nie ma pojęcia, czym była okupacja niemiecka w Polsce. Za ukrywanie jednego Żyda rozstrzeliwano całe rodziny, z dziećmi włącznie. – Owszem, tak było, ale za konspirację także strasznie karano, a wszyscy podobno konspirowali. Żydzie nie chcieli pozostać w Polsce… – Trudno im było żyć wśród wspomnień. –
Trudno im było żyć wśród Polaków, którzy nie chcieli im zwracać sklepów, mieszkań, grozili, zabijali, nie słyszał pan o pogromach, w Krakowie, w Kielcach? – Pogrom w Kielcach był prowokacją polityczną – No to co? Prowokacja, jeśli była, to znalazła posłuch. Dziesięć tysięcy prowokatorów? – Żydzi ginęli nieraz nie za to, że byli Żydami, ale za to, że byli komunistami. – A w 1968 roku, czy dlatego opuszczali Polskę, że byli komunistami? I tak do końca czy też raczej, bez końca. Dyskusje historyków wyglądają bardzo podobnie. Powracają – dokładniej udokumentowane – te same opinie i zdarzenia, które starałem się zebrać w mojej (na wpół) wyimaginowanej rozmowie. Istnieje o tych sprawach ogromna literatura, pamiętnikarska i historyczna, o której mamy w Polsce bardzo blade pojęcie… Tymczasem powinniśmy ją znać, choćby dlatego, że mówi także o nas. Jest w niej znaczny rozrzut stanowisk i wniosków. Trafiają się książki, których autorzy nie kryją, że powoduje nami nienawiść. Lekceważyć ich nie wolno. Zrodziły się przecież z osobistych przeżyć, których autentyczności nie sposób podawać w wątpliwość. A poza tym – czy w naszym piśmiennictwie nie roi się od wypowiedzi, pełnych obłąkanej wręcz nienawiści do Żydów? Jest także sporo książek ostrożnych i – o ile możliwe – obiektywnych. Przypominają one starannie mentalne i materialne uwarunkowania polsko-żydowskiego współżycia. Uwzględniają niewyobrażalne dziś niemal natężenie okupacyjnego terroru, który spowodował moralne zdziczenie społeczności – nie tylko polskiej… Przyjmują milcząco we wnioskach, że do nieszczęść środkowej Europy nie można przykładać miar, powiedzmy, angielskich. Gdy wali się niebo, nawet kopniak może być dowodem litości i współczucia…
Prawda pozostaje jednak i trudna do ustalenia, i trudna do przyjęcia. Przysłuchiwałem się przed dwoma laty dyskusji zagranicznych i polskich specjalistów i muszę powiedzieć, że było to bardzo ciężkie przeżycie. Dla nas i także, jak sądzę, dla Żydów. Do uzgodnienia stanowisk było oczywiście daleko. Ale też nie jest ono celem takich konferencji. Myślałem ciągle o tym, co nie zostało tam powiedziane i co właściwie sprawia, że dyskusje – przyjacielskie na ogół – łączyły się dla wszystkich z przykrością i cierpieniem. Potem doszedłem do wniosku, że było to właśnie poczucie skażenia, zbrukania, zbezczeszczenia, o jakim mówił Miłosz. Dlatego pozwolę sobie jeszcze raz wrócić do poety. W 1943 roku Miłosz napisał inny jeszcze wiersz o zburzeniu getta. Jest on mniej jednoznaczny, może nawet trudny do zrozumienia?
Zaczyna się od obrazu niszczenia: Rozpoczyna się rozdzieranie, deptanie jedwabiu, Rozpoczyna się tłuczenie szkła Drzewa, miedzi, niklu, srebra, pian Gipsowych, blach, strun, trąbek, liści, kul, kryształów – aż: Wali się w ogniu dach, ściana i żar ogarnia fundament. Jest już tylko piaszczysta, zdeptana, z jednym drzewem bez liści – Ziemia. Zburzone zostało miasto, została ziemia, pełna skorup i odpadków. Pełna także ciał ludzkich. I w tej ziemi czy raczej pod ziemią Powoli, drążąc tunel, posuwa się strażnik-kret Z małą czerwoną latarką przypiętą na czole. Dotyka ciał pogrzebanych, liczy, przedziera się dalej, Rozróżnia ludzki popiół po tęczującym oparze. Popiół każdego człowieka po innej barwie tęczy. Kim jest ten kret, trudno powiedzieć. Jest strażnikiem, może strażnikiem pogrzebanych?
Ma latarkę, a zatem widzi, widzi w każdym razie lepiej niż umarli. A wśród tych umarłych znajduje się jakby także sam poeta, czy też raczej ten, który wiersz wypowiada. I on tam leży, i boi się. Boi się kreta. Osobliwy, zdumiewający obraz. Boję się, tak się boję strażnika-kreta. Jego powieka obrzmiała jak u patriarchy, Który siadywał dużo w blasku świec, Czytając wielką księgę gatunku. A zatem ten kret ma rysy Żyda, ślęczącego nad Talmudem czy Biblią. Chyba Biblią, bo ona raczej zasługuje na nazwę “wielkiej księgi gatunku”, ludzkiego oczywiście. Cóż powiem mu ja, Żyd Nowego Testamentu, Czekający od dwu tysięcy lat na powrót Jezusa? Moje rozbite ciało wyda mnie jego spojrzeniu I policzy mnie między pomocników śmierci Nieobrzezanych.
Straszny to wiersz, bo pełen lęku. Ale są w nim jakby dwa strachy. Jeden, to strach przed śmiercią, dokładnie przed pogrzebaniem żywcem, co przecie zdarzyło się tylu ludziom, zasypanym w podziemiach, także w piwnicach getta. Ale w tym pierwszym strachu jest drugi strach, strach przed strażnikiem-kretem. Ten kret posuwa się pod ziemią, ale także jakby – poniżej naszej świadomości. To poczucie winy, do jakiej nie chcemy się przyznać. Pogrzebany pod ruinami między zwłokami Żydów, “nieobrzezany” boi się, że zostanie policzony przez morderców. Więc lęk przed potępieniem, lęk piekielny! Lęk nie-Żyda, który patrzy na walące się getto. Wyobraża sobie, że mógłby tu – przypadkiem – także zginąć, i wtedy w oczach kreta, co umie rozróżnić popioły, wyda się “pomocnikiem śmierci”. I rzeczywiście, wiersz nosi tytuł Biedny chrześcijanin patrzy na getto. A zatem jest w tym chrześcijaninie lęk przed losem, jaki spotkał Żydów, ale jest także – stłumiony, zaszyfrowany przez niego samego – lęk przed tym, że zostanie potępiony. Potępiony przez kogo? Przez ludzi? Nie, ludzi już nie ma.
To kret go potępia, a raczej może potępić, ten kret, który dobrze widzi i zna “księgę gatunku”. Własne moralne sumienie potępia (może potępić) biednego chrześcijanina. I on chciałby się przed tym kretem-sumieniem ukryć, bo nie wie, co mu powiedzieć. Miłosz, zapytany, co czy kogo ten kret oznacza, uchylił się od odpowiedzi. Odparł, że napisał wiersz spontanicznie, nie zaś “programowo”. Jeśli tak, tym lepiej, wiersz byłby bezpośrednim wyrazem grozy, która – jak to bywa we śnie i także w sztuce – wyłania z siebie obrazy. Unaocznia to, co nie w pełni zrozumiane, to co było, a może jeszcze jest, w ludziach, zapewne także w poecie, ale w niejasnym, zamazanym, przytłumionym kształcie. Wczytując się w taki wiersz, lepiej siebie rozumiemy, bo to, co niejasne, oglądamy jakby przed nami. Ja Biednego chrześcijanina trochę – jak każdy czytelnik – uzupełniłem, skomentowałem. Myślę jednak, że nie jestem bardzo daleko od odczuć poety.
Ale nie tylko poety. Wracam teraz do fikcyjnej rozmowy. Jest ona – trochę uproszczonym – streszczeniem dziesiątków sporów i polemik. Co w niej uderza? W odpowiedziach mego syntetycznego Polaka rozpoznać można ten właśnie lęk, który odzywa się w Biednym chrześcijaninie. Lęk, aby nie zostać policzonym między pomocników śmierci. Tak on okropny, że czynimy wszystko, aby go oddalić, aby nie dopuścić nawet do jego wyjawienia. Czytamy czy słuchamy rozważań o żydowsko-polskiej przeszłości i kiedy tylko dojdzie do nas zdarzenie, fakt, który nie najlepiej o nas świadczy, gorączkowo staramy się go pomniejszyć, wytłumaczyć, zbagatelizować. Nie jest nawet tak, abyśmy go chcieli ukryć czy zaprzeczyć, że miał miejsce. Czujemy przecież, że nie wszystko było w porządku. Jakże zresztą mogłoby być w porządku? Współżycie społeczności – jak współżycie jednostek – nigdy nie jest bez skazy. Cóż dopiero takie burzliwe, nieszczęśliwe współżycie. Nie umiemy jednak rozmawiać o nim spokojnie. Dlatego, że – świadomie czy nieświadomie – boimy się oskarżenia. Boimy się, że odezwie się strażnik-kret i powie, zajrzawszy w swoją księgę: ach, wyście także służyli śmierci? I wyście pomagali zabijać? Albo przynajmniej: patrzyliście spokojnie na żydowską śmierć?
Pomyślmy jednak uczciwie: takie pytanie musi paść. Musi je zadać każdy, kto rozmyśla nad polsko-żydowską przeszłością, niezależnie od odpowiedzi, jakiej udzieli. Ale my – świadomie czy nieświadomie – nie chcemy, aby to pytanie padło. Odsuwamy je od siebie jako niemożliwe, skandaliczne. Przecieśmy nie stanęli po stronie morderców. Przecież sami byliśmy następni w kolejce do pieca. Przecież – nie najlepiej, ale jednak – jakoś z tymi Żydami współżyliśmy, oni zaś także nie byli w naszych sporach bez winy. Więc stale musimy o tym wszystkim przypominać. Bo co o nas inni pomyślą? Jak my sami będziemy o sobie myśleć? Jakże to będzie z dobrym imieniem naszego kraju, naszego społeczeństwa?… Ta troska o “dobre imię” jest stale obecna w prywatnych – a bardziej jeszcze w publicznych – wypowiedziach. Inaczej mówiąc, rozważając przeszłość, chcemy z tych rozważań wyciągnąć moralny zysk. Nawet wtedy, kiedy potępiamy, chcemy sami stanąć ponad – czy poza – potępieniem. Chcemy znaleźć się absolutnie poza oskarżeniem, chcemy być zupełnie czyści. Chcemy być także – i tylko – ofiarami… Ta troska jest wszakże podszyta lękiem – jak w wierszu Miłosza – i ten lęk wypacza, zniekształca nasze myślenie o przeszłości. Co też od razu wyczuwają nasi rozmówcy… Nie chcemy mieć nic wspólnego z okropnością. Czujemy jednak, że kala nas ona jakoś, “bezcześci”. Dlatego wolimy o tym wszystkim nie mówić. Albo mówimy tylko po to, aby odeprzeć oskarżenie. Oskarżenie, które nieczęsto pada, ale wisi niejako w powietrzu.
Czy możemy się go wyzbyć? Czy możemy mu zapobiec? Ja myślę, że nie, bo ono jest – na dobrą sprawę – w nas samych. To my sami boimy się kreta, który drąży sumienia. I myślę także, ze go nie odpędzimy. A przynajmniej nie odpędzimy go, zapominając o przeszłości albo przyjmując wobec niej postawę obronną. Musimy całkiem szczerze, całkiem uczciwie stanąć wobec pytania o współodpowiedzialność. Nie ma co ukrywać: to jest jedno z najboleśniejszych pytań, przed którym możemy stanąć. Myślę jednak, że powinniśmy je koniecznie rozważyć. Przed tym pytaniem my – jako Polacy – nie stoimy sami. I to może nam pomóc. Nie dlatego, że raźniej bić się w piersi gromadnie. Że rozłożymy tak naszą winę, że się ta wina niejako pomniejszy… Raczej dlatego, że lepiej będziemy ją mogli zrozumieć. Zrozumieć zarówno naszą winę, jak to, dlaczego przed nią uciekamy. Czytaliśmy niedawno o wizycie, którą Ojciec Święty złożył w rzymskiej synagodze. Znamy też kościelne dokumenty, gdzie – już za czasów Jana XXIII – rozważono ponownie i miejmy nadzieję, ostatecznie stosunek chrześcijan do Żydów, albo raczej: chrześcijaństwa do judaizmu. W tym przemówieniu i w tych dokumentach od razu uderza jedno. Nie zajmują się one wyważaniem win ani roztrząsaniem przyczyn (społecznych, ekonomicznych, intelektualnych czy Bóg wie jakich), które sprawiły, że chrześcijanie patrzyli na Żydów jak na wrogów, szkodników czy natrętów. Jest natomiast jasno powiedziane: chrześcijanie (i Kościół) się mylili. Nie mieli prawa ani podstawy, aby uważać Żydów za naród “przeklęty”, za naród winien śmierci Chrystusa. Taki zatem naród, który “powinien” zostać odsunięty, odosobniony, wyłączony ze wspólnoty.
Jeśli się to jednak stało, to dlatego, że chrześcijanie byli za mało chrześcijanami… Nie mówi się zatem: myśmy “musieli” się bronić, myśmy “nie mogli” ratować czy traktować Żydów jak braci. Nie przypomina się nawet danych, które mogłyby stanowić okoliczność łagodzącą. A trochę takich danych jest. Przecież Żydów (jako monoteistów) nie lubiła już starożytność. W średniowieczu spoiwem Europy była jednolitość religijna… Kościół bywał też na ogół łagodniejszy niż świeccy panujący. Ale to wszystko nie zmienia istoty rzeczy. Musi więc zostać pominięte. Podkreśla się raczej, że kościelna praktyka podniecała niechęć do Żydów i utrzymywała ich w poniżeniu i izolacji… Słowem, współczesne dokumenty nie zmierzają do wybielenia przeszłości, nie targują się o okoliczności łagodzące. Mówią jasno o zaniedbaniu obowiązków braterstwa i miłosierdzia. Resztę pozostawiają historykom. W tym jest właśnie chrześcijańska wielkoduszność tych wypowiedzi.
Myślę, że w naszym stosunku do żydowsko-polskiej przeszłości winniśmy tę postawę naśladować. Przestać się bronić, usprawiedliwiać, targować. Podkreślać, czego nie mogliśmy zrobić, za okupacji czy dawniej. Zrzucać winę na uwarunkowanie polityczne, społeczne, ekonomiczne. Powiedzieć najpierw: tak, jesteśmy winni. Przyjęliśmy Żydów do naszego domu, ale kazaliśmy im mieszkać w piwnicy. Kiedy chcieli wejść na pokoje, obiecywaliśmy, że wpuścimy, jeśli przestaną być Żydami, jeśli się “ucywilizują”, jak mawiano w XIX wieku, nie tylko w Polsce, rzecz jasna. Tak myślały najświatlejsze umysły, Orzeszkowa, Prus… Znaleźli się wśród Żydów tacy, co gotowi byli tej rady posłuchać. Ale wtedy zaczęliśmy mówić o najeździe Żydów, o niebezpieczeństwie, które nam zagrozi, kiedy przenikną w polskie społeczeństwo! Zaczęliśmy – jak to expressis verbis napisał Dmowski – stawiać warunki: jak choćby ten, że tylko tych Żydów uznać można za Polaków, co będą współdziałać w graniczeniu żydowskich wpływów! Mówiąc zwyczajnie: tych, co zwrócą się przeciw bliskim, przeciw rodzicom! Wreszcie straciliśmy dom i w tym domu okupant zaczął Żydów zabijać.
Czyśmy im solidarnie pomogli? Ilu z nas uznało, że to nie ich rzecz! Byli też tacy (pomijam zaś zwykłych zbójów) co się po cichu cieszyli, że Hitler załatwił nam “problem” żydowski… Nie umieliśmy nawet powitać i uszanować niedobitków, cóż z tego, że rozgoryczonych, zbłąkanych, może i dokuczliwych. Słowem, miast się targować i usprawiedliwiać, winniśmy najpierw pomyśleć o sobie, o własnym grzechu czy słabości. Taki właśnie moralny przewrót jest w stosunku polsko-żydowskiej przeszłości konieczny. Tylko on może stopniowo oczyścić skażoną ziemię.
Co w słowach łatwe, w praktyce jednak trudne. Zmienić się musi bowiem społeczna świadomość problemu. Domagamy się nieraz od Żydów (albo od ich przyjaciół) ostrożnej, sprawiedliwej oceny wspólnych dziejów. Powinniśmy jednak najpierw wyznać naszą winę i prosić o przebaczenie. I w gruncie rzeczy oni tego tylko czekają – jeżeli czekają. Przypominam sobie wzruszające przemówienie. Mówca zaczął od stwierdzenia, że stosunek wielu Żydów do Polski przypomina zawiedzioną miłość. Mimo cierpień i trudności – ciągnął – społeczność żydowska była istotnie przywiązana do Polski. Znalazła tam bowiem dom i schronienie, możliwość “bycia u siebie”. Świadomie czy podświadomie oczekiwali, że jej los będzie się polepszać. Że zmniejszy się ciężar poniżenia, przyszłość stanie się jaśniejsza. Stało się inaczej. Nic się już – kończył – nie zmieni. Żydzi nie mają i nie mogą mieć żadnej w Polsce przyszłości. Powiedzcie więc tylko – wołał – że w tym co się stało nie było naszej winy. Niczego innego nie chcemy. Ale z takiego przyznania nie możemy zrezygnować.
Oznacza to – po polskiej stronie – przyjęcie winy. Ale tu zjawia się po raz ostatni strażnik-kret i pyta: pełnej winy? Czy także współwiny za ludobójstwo? Słyszę już wołania: jak to? Przecież myśmy, na Boga, nie brali w ludobójstwie udziału! Tak, to prawda, odpowiem. Nikt rozsądny nie może powiedzieć, że Polacy – jako naród – brali w ludobójstwie udział. Co prawda, odzywają się czasem takie głosy. I należy je spokojnie rozważyć, nie popadając w gniew – znak paniki. Uważam je wszakże – razem ze znaczną większością – za niesłuszne. Więc dlaczego mówić o ludobójstwie? O współwinie? Odpowiem tak: współudział i współwina to nie jest to samo. Można być współwinnym, nie biorąc udziału w zbrodni. Najpierw przez zaniechanie czy przeciwdziałanie niedostateczne. A kto może powiedzieć, że było ono w Polsce dostateczne? Właśnie dlatego, że dostateczne nie było, składamy hołd i otaczamy czcią tych wszystkich, którzy to heroiczne ryzyko podjęli… Chociaż dziwnie to zabrzmi, niewykluczone, że ta współwina przez zaniechanie jest mniej istotna dla naszego pytania. Gdybyśmy bowiem – w przeszłości – postępowali mądrzej, szlachetniej, bardziej po chrześcijańsku, ludobójstwo byłoby zapewne “mniej do pomyślenia”, byłoby prawdopodobnie utrudnione a już niewątpliwie spotkałoby się ze znaczniejszym oporem.
Inaczej mówiąc, nie zaraziłoby obojętnością i zdziczeniem społeczeństwa (społeczeństw), w przytomności których miało miejsce. Powstaje zaraz pytanie, czy można to powiedzieć nie tylko o Polakach, także Francuzach, Rosjanach, o całej Europie, o całym chrześcijaństwie? Owszem, zgoda. Ta współwina jest rzeczywiście wspólna. Ale nie sposób zaprzeczyć, że właśnie w Polsce było Żydów najwięcej (więcej niż dwie trzecie Żydów na świecie to Żydzi “polscy”, w tym znaczeniu, że ich przodkowie mieszkali na ziemiach przedrozbiorowej Rzeczypospolitej). Z konieczności myśmy więc mieli wobec nich najwięcej moralnych zobowiązań (czy były one na nasze siły, niech rozstrzyga Pan Bóg i rozważają historycy). Więc dla nas Żydzi byli najbardziej problemem, można nawet powiedzieć, wyzwaniem czy zadaniem, które postawił los… Aby na chwilę wrócić jeszcze do literatury: rozumiał to najlepiej nie kto inny jak Mickiewicz.
Myśl i marzenie największego z poetów były najbardziej dalekowzroczne. Inaczej nawet niż większość ludzi Żydom życzliwych, Mickiewicz uważał, że Izrael “brat starszy”, winien cieszyć się w Polsce tymi samymi przywilejami co wszyscy, zarazem jednak zachować prawo do swej odrębności religijnej i obyczajowej. Podobna była postawa Norwida, nie inaczej, o ile można wyrozumieć, myślał Słowacki… Przynajmniej więc najwięksi stali po stronie prawdy i sprawiedliwości. Marzenie Mickiewicza było w istocie prorocze: dostrzegł on jakby, że tylko taki społeczny wybór mógł uratować (przynajmniej częściowo) Żydów od zagłady, nas zaś od moralnego upadku… Byłby to wybór zaiste niezwykły, we właściwym znaczeniu słowa mesjański. Stało się jednak dokładnie inaczej, bo przecie przyznać trzeba, że właśnie w Polsce antysemityzm stał się – zwłaszcza w XX wieku – szczególnie dokuczliwy i jadowity…
Czy doprowadził do wzięcia udziału w ludobójstwie? Nie. Kiedy czyta się to, co o Żydach wypisywano przed wojną, kiedy się odkrywa, ile było w polskim społeczeństwie nienawiści – można się nieraz dziwić, że za słowami nie poszły czyny. Ale nie poszły (albo szły rzadko). Bóg tę rękę zatrzymał. Tak, Bóg, bo jeśli nie wzięliśmy udziału w tej zbrodni, to dlatego, że byliśmy jeszcze trochę chrześcijanami, że w ostatniej chwili pojęliśmy, jak szatańskie to było przedsięwzięcie… Ale od współwiny wcale nas to nie uwalnia. Skażenie, zbezczeszczenie polskiej ziemi miało miejsce i dalej ciąży na nas obowiązek oczyszczenia. Chociaż – na tym cmentarzu – sprowadza się już tylko do jednego: do obowiązku zobaczenia naszej przeszłości w prawdzie.
You are here: Home > Biedni Polacy patrzą na getto
By Adm on 18/05/2013 in Judaizm i islam
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2016.08.11 14:48 ben13022 Buncie krocz z nami, czyli uniwersytet w New Delhi, który ruszy z posad bryłę świata.

Podobno ducha roku 1968 nie da się wskrzesić. Bo młodym Amerykanom nie w głowie wolna miłość i pacyfizm, kiedy trzeba złapać fuchę w Dolinie Krzemowej, by spłacić stutysięczny kredyt, bo młodzi Włosi nie zbuntują się, żeby nie stracić synekury po tacie, bo młodzi Polacy nie mają siły na bunt między śmieciówką w sieciowej kafejce i kolejnym bezpłatnym stażem. A ja spotkałam studentów, którym nie jest wszystko jedno. Uniwersytet Jawaharlala Nehru w New Delhi to coś więcej niż ceniona wyższa uczelnia, więcej niż kuźnia kadr i więcej niż trampolina do kariery. To instytucja polityczna, można rzec - czwarty filar indyjskiej demokracji. JNU jak soczewka skupia wszystko, czym w danym momencie żyją Indie. A to, co dzieje się na kampusie, potrafi rozlać się na cały kraj.
Uniwersytet, który nigdy nie śpi
Noc z 4 na 5 marca. Na głównym placu na kampusie JNU nieprzebrany tłum młodych ludzi. Zgromadzenia, które ściągają setki studentów, to tutaj żadna nowość, ale to jest szczególne. Wszędzie wozy transmisyjne ogólnokrajowych telewizji, kamery, prasa. Podniecenie i poruszenie są tak silne, że powietrze aż tężeje. W wielkim ścisku wszyscy chłoną słowa przemawiającego studenta.
Zresztą cokolwiek by Kumar teraz powiedział, i tak porwałby tłum. Chwilę wcześniej wyszedł z więzienia. Wsadzili go za mowę, którą dwa tygodnie wcześniej wygłosił w tym samym miejscu.
Kumar to nie byle kto, ale szef JNUSU, samorządu studentów JNU.
Cztery lata temu, obserwując wybory na tej uczelni, miałam wrażenie, że w Polsce nawet kampania prezydencka nie budzi takich emocji. Poprzedzająca głosowanie burzliwa debata kandydatów na przewodniczącego, rozpoczęta wieczorem, trwała aż do rana. Były bębny, tamburyny, muzyka, studenci jak w transie, kolejne przemowy, pytania, przemowy, pytania. Wybory relacjonowały ogólnokrajowe telewizje, na kampus przyjechali czołowi indyjscy politycy.
Aresztowanie szefa JNUSU to jak podłożenie ognia pod skład materiałów wybuchowych.
Socjaliści dobijają do przystani
Gdziekolwiek w Indiach wspominałam, że jestem studentką JNU, natychmiast słyszałam: gratuluję, wyrazy uznania! I nawet nie chodziło o to, że uczelnia regularnie zajmuje czołowe miejsca w rankingach najlepszych indyjskich uniwersytetów. Raczej o to, że jest matecznikiem niepokornych aktywistów, z których wielu zostaje politycznymi liderami, jak Prakash Karat, jeden z czołowych indyjskich komunistów.
No właśnie, bo JNU to uczelnia nie do końca neutralna światopoglądowo.
Nazwany imieniem pierwszego premiera Indii uniwersytet został założony z inicjatywy wybitnego indyjskiego prawnika i dyplomaty M.C. Changli w 1969 roku. Był to czas, kiedy premier Indira Gandhi wcielała w życie program śmiałych reform socjalistycznych. Nic więc dziwnego, że większość wykładowców - skądinąd wybitnych specjalistów - stanowili nie tylko mocno lewicujący liberałowie, ale przede wszystkim socjaliści, a nawet zwolennicy marksizmu-leninizmu.
Indira Gandhi chciała, by stworzyli "przystań dla intelektualistów", w której dyskusja i dialog będą skutecznie przeciwdziałać lewicowym i prawicowym radykalizmom. JNU rzeczywiście stał się kuźnią elit, jednak walka ze skrajnościami nie do końca się udała - uczelnia, która skupia blisko 8,5 tys. studentów na 14 wydziałach, pozostaje silnie lewicowa.
Działalność wywrotowa wciąż na czasie
Problemy Kumara zaczęły się 9 lutego, kiedy na kampusie JNU zorganizowano wiec dla upamiętnienia trzeciej rocznicy egzekucji Afzala Guru - Kaszmirczyka skazanego na śmierć za atak na indyjski parlament w 2001 roku, w wyniku którego zginęło 14 osób (w tym pięciu napastników). Oparty na sfabrykowanych dowodach i motywowany politycznie wyrok do dziś budzi ogromne emocje, podobnie jak sprawa Kaszmiru. Uczelniana manifestacja miała być protestem przeciwko nadużyciom władzy i jednocześnie aktem solidarności z walką Kaszmirczyków o prawo do samostanowienia.
Tuż przed rozpoczęciem władze uczelni, na wniosek ABVP, Rady Studentów Indii, skrajnie nacjonalistycznej organizacji studenckiej, wycofały zgodę na zgromadzenie.
Organizatorzy uznali, że to cenzura i niedopuszczalne ograniczanie wolności. Spotkania nie odwołali, a Kanhaiya Kumara wygłosił przemówienie, w którym zaatakował ABVP, indyjski rząd oraz radykalne prawicowe ugrupowanie RSS (Rashtriya Swayamsevak Sangh, Narodowe Zgromadzenie Ochotników).
Władze oskarżyły Kumara o "antyindyjskie poglądy". Jeden z deputowanych rządzącej BJP, Indyjskiej Partii Ludowej, stwierdził nawet, że uniwersytet powinien zostać zamknięty na co najmniej cztery miesiące, żeby policja mogła przeszukać akademiki, a otwarta dopiero gdy wszyscy studenci podpiszą oświadczenie, że popierają konstytucję Indii.
Niespełna trzy dni później za zgodą władz uczelni na kampus JNU wkroczyli policjanci. Podstawą do aresztowania Kumara była niesławna sekcja 124A Indyjskiego Kodeksu Karnego - ta sama, na mocy której Brytyjczycy uwięzili Mahatmę Gandhiego. Przepis stwierdza, że za działalność wywrotową - a za taką uznano przemówienie szefa JNUSU - grozi dożywocie.
Orhan Pamuk na barykadzie
Interwencja policji rozpętało piekło. Studenci ogłosili bojkot wykładów i rozpoczęli masowe protesty. Na kampus przyjechali najważniejsi politycy opozycji, by przemawiać pod wielkimi plakatami z podobizną Kumara, które zawisły na ścianach akademickich budynków. Wzniesiono barykady, a profesorowie JNU formowali żywe łańcuchy, żeby oddzielić od siebie grupy najbardziej radykalnych przeciwników i zwolenników aresztowania Kumara.
Protesty momentalnie rozlały się na uniwersytety w całym kraju, wkrótce potem na ulice Delhi (w obronie Kumara przez centrum stolicy przemaszerowało 10 tys. osób) i innych miast. Doszło do starć z policją, w Kalkucie spalono kukłę premiera Modiego.
Sprawa nabrała światowego rozgłosu. Pod dwoma listami solidarności z JNU łącznie podpisało się blisko 600 osób, w tym słynny myśliciel Noam Chomsky, wpływowa filozofka Judith Butler i turecki pisarz noblista Orhan Pamuk oraz akademicy z czołowych światowych uczelni, od Sorbony przez Oksford i Stanford po Princeton. - To aresztowanie jest dowodem na głęboko autorytarną naturę obecnego rządu, którego działania stanowią zaprzeczenie indyjskiej tradycji tolerancji i pluralizmu i przywodzą na myśl mroczne czasy opresyjnego kolonializmu oraz okres tuż po wprowadzeniu stanu wyjątkowego w połowie lat 70. - stwierdzili sygnatariusze.
Do uwolnienia Kumara i wycofania zarzutów wezwała też Amnesty International India oraz inne organizacje broniące praw człowieka.
Polityka sięga po religię
Lewicowy, niepokorny JNU od dawna jest solą w oku premiera Modiego i jego prawicowej, nacjonalistycznej BJP. - Ten incydent był dobrym pretekstem, by wreszcie rozprawić się z uczelnią. Tym lepszy, że Kumar zaatakował RSS - tłumaczy mi Rajeev, jeden z doktorantów.
RSS to nacjonalistyczni radykałowie. Ich lider Mohan Bhagwat grzmi na wiecach, że Indie są państwem hinduistycznym. W oficjalnie świeckim kraju, w którym mniejszości religijne stanowią około 20 proc. społeczeństwa - co w liczącym 1,2 mld ludzi państwie oznacza 240 mln osób - a tarcia między nimi łatwo przeradzają się w krwawe pogromy, to retoryka nad wyraz niebezpieczna.
Modi sam za młodych lat politycznej ogłady nabierał w szeregach RSS. Potem stanął na czele bliskiej jej ideologicznie BJP. Kiedy w latach 2001-14 był premierem stanu Gudżarat, zasłynął z ostrych prohinduistycznych przemówień. Wielu obarcza go współodpowiedzialnością za rzeź muzułmanów, do jakiej doszło w Gudżaracie w 2002 roku - wtedy policja biernie obserwowała, jak hindusi wyrzynali muzułmanów w odwecie za podpalenie pociągu pełnego hindusów, w którym żywcem spłonęło 58 osób.
Zginęło ponad tysiąc osób, 150 tysięcy, szukając ratunku, opuściło swoje domy.
Od kiedy w maju 2014 r. BJP w cuglach wygrała wybory parlamentarne, a Modi został premierem, radykalni hinduiści nasilili działania. Mnożą się ataki na kościoły i meczety, narasta problem tzw. ghar wapsi - masowych konwersji na hinduizm, do których zmuszani są chrześcijanie i muzułmanie.
Strajk głodowy z antylopą
JNU nie będzie jednak dla BJP łatwym przeciwnikiem. Studenci tej uczelni to wojujący aktywiści, którym nie przeszkadza ani to, że na kwaterę o wymiarach 2 na 3 metry muszą czekać nawet dwa lata, ani to, że w grudniowe noce temperatura w nieogrzewanych akademikach spada do zera, ani że drogę na zajęcia potrafi zablokować stado antylop nilgau - bo teren JNU z bujną fauną i florą jest częścią rezerwatu biosfery Aravalli.
Większość budynków na ogromnym kampusie - 4 kilometry kwadratowe! - pokrywają wielkoformatowe plakaty i graffiti wzywające do walki z imperializmem, kapitalizmem, systemem kastowym. Postulaty są niezliczone. Nikt się nie dziwi, kiedy wykład przerywa jakiś student z ulotkami, na przykład o seminarium z okazji rocznicy wybuchu rewolucji październikowej, lub z manifestem. Prowadzący wyraża zgodę i przemowa zostaje wygłoszona. O ile w ogóle wykład się odbywa, bo akurat studenci mogą okupować budynek w ramach wielodniowego strajku głodowego.
O co walczą? O zniesienie kary śmierci, ukrócenie wszechwładzy indyjskiej armii i to, żeby najubożsi studenci byli zwolnieni z opłat za stołówkę. Żeby w formularzach rejestracyjnych JNU było więcej opcji płci niż tylko męska i żeńska, o prawa robotników zakładów Maruti Suzuki, żeby sprzątaczkom akademików płacono w terminie albo o przywrócenie na uczelnię studentów zawieszonych za działalność polityczną. Ramię w ramię działają kobiety i mężczyźni, studenci z wyższych i najniższy kast, zamożni i najbiedniejsi - co w Indiach można uznać za ewenement.
Manifestacje na JNU potrafią być katalizatorem zmian. Tak było choćby w grudniu 2012 roku, kiedy studenci w reakcji na sadystyczny gwałt protestowali przeciwko ignorowaniu przez indyjskie władze problemu przemocy seksualnej wobec kobiet.
23-letnia Jyoti Singh wracała z chłopakiem z kina w Delhi. W autobusie, którym jechali, zgwałciło ją sześciu mężczyzn - tak brutalnie, że lekarze mimo dwutygodniowej walki nie zdołali jej uratować. Studenci JNU protestowali codziennie przez kilka tygodni, a na przystanek, na którym Jyoti wsiadła do autobusu, przynosili setki kwiatów, laurek i świec. Razem z nimi na ulice indyjskich miast wyszły tysiące ludzi, a o istniejącym od dziesięcioleci problemie Indii zaczął mówić cały świat.
Masowe manifestacje doprowadziły do ukarania sprawców - czterech z nich dostało wyroki śmierci, nieletni trzy lata w poprawczaku, a jeden powiesił się w więzieniu - zaostrzenia kar za gwałty oraz powołania sześciu specjalnych sądów mających sprawnie rozpatrywać sprawy przemocy seksualnej wobec kobiet. A co ważniejsze: przełamały tabu, dzięki czemu więcej kobiet zgłasza gwałt na policję. Z perspektywy europejskiej powiedzielibyśmy, że zmieniło się niewiele, ale dla Indii to milowy krok.
Niepewność z podniesioną głową
Atak na JNU może odbić się rządzącym czkawką. Za sprawą studentów z New Delhi prowadzona dotąd głównie przez elity dyskusja o niepokojącym kierunku, który obierają Indie pod rządami nacjonalistów, z całą mocą wybrzmiewa nie tylko w kraju, ale i za granicą. O sprawie donosiły najważniejsze światowe media, od brytyjskiego "Guardiana" po katarską Al-Dżazirę.
Mimo że sam premier Modi nie skomentował aresztowania Kumara, to właśnie na nim skupił się ogień krytyki. "Biorąc pod uwagę, że JNU to znak jakości i marka w sama w sobie, poddawanie tej uczelni presji niczym nie różni się od represjonowania Sorbony czy London School of Economics. To news dla najważniejszych światowych mediów, który może przyprawić rząd o potężny ból głowy" - podsumował indyjski dziennik "Hindustan Times".
Hindusi prześcigają się w teoriach, co rządzący chcieli osiągnąć, atakując JNU. Czy to próba odwrócenia uwagi od rozpoczynającej się w parlamencie debaty nad budżetem? A może zapowiedź zaostrzania kursu przed kwietniowymi wyborami samorządowymi? Czy fala krytyki, która spadła teraz na rząd, doda wiatru w żagle opozycji, wciąż przeraźliwie słabej i nieefektywnej?
Pewne jest, że sprawa posłuży jako narzędzie politycznej mobilizacji, za czym prawdopodobnie pójdzie dalsza polaryzacja społeczeństwa. 7 marca na wiecu w stanie Assam przedstawiciele BJP czynili wyraźne aluzje do wydarzeń na JNU, zapowiadając, że nadchodzące wybory będą w istocie wyborem między nacjonalistami - czytaj: broniącej narodu i konstytucji BJP - a antynacjonalistami, czytaj: partiami opozycyjnymi, których przedstawiciele poparli Kumara.
Pewne jest również to, że wydarzenia na JNU będą miały ciąg dalszy.
Kumar na wiecu zwołanym tuż po tym, gdy sąd zwolnił go za kaucją (a władze uczelni przywróciły mu prawa studenta), zapowiedział, że JNU nigdy się nie ugnie, a swoją walkę zamierza kontynuować z podniesioną głową.
A będzie co kontynuować - na studenckim przywódcy wciąż ciąży zarzut działalności wywrotowej, za pół roku ma stawić się na przesłuchanie, zaś jego koledzy Umar Khalid i Anirban Bhattacharya, którzy jako główni organizatorzy zgromadzenia sami zgłosili się na policję, oczekują na proces.
Buntownicy z New Delhi na pewno o tym nie zapomną.
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/1,151484,19853335,buncie-krocz-z-nami-ruszymy-z-posad-bryle-indii.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


MIŁOŚĆ //Wszędzie jej pełno a każdemu jej brak // Miłość jest wszędzie Miłość Jest Wszędzie. Darmowe Wróżby U Wróżki Astylli Ras Luta - Miłość to wszystko ♫♫♫ Miłość jest wszędzie ♫♫♫ Miłość odnajdzie Cię wszędzie - YouTube MIŁOŚĆ JEST WSZĘDZIE, CZYLI GRALIŚMY W FILMIE!!!

Siłą podnoszącą poziom moralności jest miłość do Boga ...

  1. MIŁOŚĆ //Wszędzie jej pełno a każdemu jej brak //
  2. Miłość jest wszędzie
  3. Miłość Jest Wszędzie. Darmowe Wróżby U Wróżki Astylli
  4. Ras Luta - Miłość to wszystko
  5. ♫♫♫ Miłość jest wszędzie ♫♫♫
  6. Miłość odnajdzie Cię wszędzie - YouTube
  7. MIŁOŚĆ JEST WSZĘDZIE, CZYLI GRALIŚMY W FILMIE!!!

My film about love ♥ 🔴 Deep Sleep Music 24/7, Insomnia, Calm Music, Sleep Music, Meditation, Relax, Spa, Study, Sleep Yellow Brick Cinema - Relaxing Music 2,662 watching Live now Miłość Jest Wszędzie. Darmowe Wróżby U Wróżki Astylli ... 6.Oczekiwanie na odpowiedz do trzech dni , w jakim filmie jest odpowiedz będzie na twojm e-mailu. ... Piękna Miłość, ... Samotnemu mężczyźnie z pięcioletnim synem psuje się samochód w okolicach małego miasteczka zamieszkanego przez wspólnotę amiszów - protestanckiego odłamu Miłość - to piękne słowo - Ten tylko rozumie, Kto choć raz w życiu kochał I dalej kochać umie... Miłość jedyna jest miłość nie zna końca miłość cierpliwa jest zawsze ufająca ... Cześć. Ciekawi Was co dzieje się na prawdziwym planie filmowym? Jak on wygląda, co się tam robi? Po dzisiejszym filmie choć trochę się dowiecie. Mam nadzieję, że lubicie oglądać nasze ... 10 Hours Soothing Sleep Music 🎵 Stress Relief Music, Calming Music (Moon Lake) - Duration: 10:01:08. 힐링트리뮤직 Healing Tree Music Recommended for you Ej, to jest Luta man, ej, ja chcę więcej miłości na świecie,dawaj więcej miłości człowieku je, słuchaj to je, Miłość to wszystko, m e, to wszystko co możesz ...